Pokazywanie postów oznaczonych etykietą listy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą listy. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 16 stycznia 2012

Autoportrety

AUTOPORTRET Z PALETĄ I PĘDZLEM

„ Powiadają – i chętnie w to wierzę – że trudno znać samego siebie, ale nie jest też łatwo namalować siebie. Otóż teraz, z braku innego modela, pracuję nad dwoma autoportretami(…) Jeden zacząłem pierwszego dnia, kiedy wstałem, byłem chudy i blady jak diabeł. Ten jest ciemny, fioletowo-niebieski, twarz biaława z żółtymi włosami, a więc działanie koloru”.

AUTOPORTRET 1889

Jest to ostatni z około czterdziestu autoportretów. W liście do młodszej siostry napisał: „ Co mnie w moim zawodzie pasjonuje najbardziej, w znacznie, ale to w znacznie większym stopniu niż wszystko inne, to portret, portret nowoczesny (…) nie staram się o podobieństwo fotograficzne, ale o mocny wyraz, używając jako środka ekspresji nowoczesnego rozumienia koloru” W kolejnym liście, tym razem już do Thea czytamy: „ Posyłam Ci dziś mój autoportret; trzeba mu się przyglądać przez pewien czas; mam nadzieję, że zobaczysz jak uspokoiła mi się twarz, choć spojrzenie jest jeszcze bardziej nieokreślone niż dawniej – tak mi się przynajmniej zdaje”.

czwartek, 12 stycznia 2012

Gwieździste niebo

„ Czuję tę straszną potrzebę – powiem to słowo – religii: toteż wychodzę nocą, żeby malować gwiazdy.”
GWIEŹDZISTA NOC NAD RODANEM


 
„Niebo jest zielononiebieskie, woda koloru błękitu królewskiego, ziemia ma barwę fiołkoworóżową. Miasto jest niebieskie i fioletowe, oświetlenie gazowo żółte, a refleksy koloru rudego złota przechodzą aż w zielonkawy brąz. Na niebieskozielonej powierzchni nieba migocze zielono i różowo Wielka Niedźwiedzica, i ten blady i dyskretny blask kontrastuje z grubiańskim złotem gazu. Na pierwszym planie dwie barwne figurki zakochanych”  W pewnym sensie odnosi się do niego również fragment innego listu „ Tu powstaje odwieczny problem: czy życie całe jest dla nas widoczne, czy przed śmiercią znamy tylko jedną hemisferę? (…) Widok gwiazd wywołuje u mnie zamyślenie tak samo jak czarne punkty na mapie geograficznej, oznaczające miasta i miasteczka. Dlaczego, powiadam sobie, świetliste punkty firmamentu miałyby być dla nas mniej dostępne niż czarne punkty na mapie”.
GWIEŹDZISTA NOC

Jedzący kartofle

JEDZĄCY KARTOFLE





Zjadacze kartofli to przełomowe dzieło Vincenta van Gogha- jest to ostateczna wersja obrazu; istnieją jeszcze dwie inne, nieco wcześniejsze.
 W liście z kwietnia 1885 roku van Gogh napisał „ Chciałem malując dać wyobrażenie o tych prostych ludziach, którzy w świetle lampy jedzą swoje kartofle, biorąc je rękami z półmiska-tymi samymi rękami, którymi kopali ziemię, gdzie one rosły; obraz przywołuje więc pracę i sugeruje, że Ci wieśniacy uczciwie zasłużyli sobie na swoja strawę (…) Nie pragnąłbym wcale, żeby wszyscy uznali płótno za ładne czy dobre (…) Ten kto woli mdłego wieśniaka, niech szuka gdzie indziej. Co do mnie wierzę, że lepsze rezultaty daje malowanie surowości, niż przydawanie im ładności konwencjonalnej”.

piątek, 6 stycznia 2012

Vincent van Gogh o swojej sztuce i tematach, które podejmował


Już od samego początku natura Van Gogha była niezwykła. Miał on skłonności do izolowania się, pomimo tego, iż przez całe życie poszukiwał miłości i zrozumienia. Był człowiekiem trudnym, porywczym, o wiecznie zamyślonym wyrazie twarzy. Wciąż poszukiwał swej własnej drogi, która dałaby mu szczęście. Od samego początku zmierzał ku temu, co substancjalne, co stanowi sens ludzkiej egzystencji. We wszystkim, co robił zachowywał jakiś pierwiastek religijny.  Wszystkie prace, które podejmował kończyły się jednak klęską, droga kaznodziei również okazała się błędem. Nie miał szczęścia również w miłości i choć kochał całym sobą, nigdy nie był kochany. Jak pisał w liście do brata „ Nie ma inne troski prócz tej: do czego się nadaję, skoro nie mogę pomagać Anie przydać się w jakikolwiek inny sposób”. Nadszedł jednak dzień kiedy wszystko się zmieniło a Vincent chwycił ołówek i znowu zaczął rysować. „Człowiek uczy się patrzeć inaczej w ciężkich warunkach, w nędzy… W tej biedzie jednak czułem, jak wraca mi energia i powiedziałem sobie: cokolwiek będzie, dowiodę, że mam jeszcze energię by sięgnąć po ołówek, który porzuciłem…”
 Od tej pory zaczyna w listach do brata pisać o sobie jak o artyście, co nasili się jeszcze bardziej w okresie choroby, gdy płótna będą powstawać w przerażającym tempie, jedno za drugim. „Im bardziej jestem rozbity, chory, złamany, tym bardziej staję się artystą, twórcą w tym wielkim odrodzeniu sztuki, o którym mówimy”, lub” My, artyści, w społeczeństwie dzisiejszym jesteśmy jak rozbite dzbany”. Vincent wzorując się na swych ulubionych artystach szuka tematów na obrazy tam gdzie inni ich nie widzą- opuszczone domy, kopanie, ciężko pracujący ludzie czy żebracy- uważa, bowiem, iż ludzie z marginesu są bardziej wartościowi niż bogacze. „Prawdziwy artysta woli najbrudniejsze zakamarki, byleby było w nich coś do malowania, niż proszone herbatki z wytwornymi damami”. W kolejnym liście dodaje również „W najbiedniejszym domku, w najbrudniejszym zakamarku widzę temat do obrazu lub rysunku”. Van Gogh nie chce idealizować swych postaci, mają być ziemskie, żyć tu i teraz: „A jednak wolę malować oczy ludzkie niż katedry, bo w oczach jest coś, czego nie ma w majestatycznych, imponujących katedrach: ludzka dusza. Nawet oczy nędznego włóczęgi czy dziewczyny ulicznej wydają mi się bardziej interesujące”.
Sadzenie ziemniaków

środa, 4 stycznia 2012

Eugene Delacroix


W innym z listów, wspomina również o Delacroix: „Wiesz, dlaczego obrazy Eugène Delacroix'a, zarówno te historyczne jak i religijne, Łódź Chrystusa, Pieta, Krzyżowcy, mają na mnie taki wpływ? -- pytał brata w liście pisanym również z Saint-Paul-de-Mausole. -- Ponieważ, kiedy Delacroix malował Gestsemanię, wcześniej poszedł, żeby zobaczyć na własne oczy jak wygląda ogród oliwny; zrobił podobnie, jeśli chodzi o morze podniesione mistralem, ponieważ on musiał sobie powiedzieć -- ludzie, o których mówi nam historia, weneccy dożowie, krzyżowcy, apostołowie, święte niewiasty, mieli podobny charakter i żyli podobnie jak my, ich obecni potomkowie. I muszę ci powiedzieć -- zobaczysz to samo w [mojej] Piastunce




Pieta namalowana przez Delacroixa oraz kopia obrazu namalowana przez Vincenta van Gogha.

poniedziałek, 2 stycznia 2012

Mistrzowie Vincenta van Gogha


Vincent van Gogh pomimo własnego indywidualnego stylu fascynował się również malarstwem innych artystów, a w szczególności sztuką Rembrandta, Jean-Francois Milleta i Eugene Delacroixa. Wzorem był dla niego również jego przyjaciel Paul Gauguin jak i Mauve. W twórczości każdego z nich widział inne wartości i dostrzegał inny rodzaj piękna. W jednym ze swych listów napisał „Obraz Mauve’a, Morisa czy Istaelsa mówi nam więcej i jaśniej niż sama natura”.
Rembrandt Harmenszoon van Rijn  - „Straż nocna”

 „Nie wiem, czy przypominasz sobie, że z lewej strony Straży nocnej, a więc jako pendant do Syndyków cechu sukienników, znajduje się obraz (nieznany mi dotychczas) Fransa Halsa i P. Codde’a: około dwudziestu oficerów w całej postaci. Czy zwróciłeś na ten obraz uwagę? Jeśli nie, sam tylko jest wart podróży do Amsterdamu. Jest tam postać chorążego, stojącego kącie, całkiem na lewo, przy ramie, cała namalowana szaro, powiedzmy, szaroperłowo, w tonie charakterystycznie neutralnym, uzyskanym zapewne z oranżu i niebieskości przemieszanych tak, że neutralizują się wzajemnie; aby odmienić ten ton zasadniczy, w jednym miejscu położono go jaśniej, w drugim ciemniej, ale cała postać wydaje się namalowana jedną szarością; skurzane buty są jednak z innej malarskiej materii niż spodnie do kolan, ich fałdy i kaftan; wszystko jest rozmaitych kolorów; a przecież wszystko namalowane szarościami z jednej palety.
Posłuchaj mnie uważnie. Do tej szarości malarz wprowadzi teraz niebieski, oranż i trochę bieli; kaftan ma kokardy z atłasowych wstążek, lekko niebieskich, bosko delikatnych w kolorze; szarfa i chorągiew są pomarańczowe, kołnierz biały.
Oranż, biel, błękit, jako ówczesne kolory narodowe, oranż i niebieski obok siebie, dwa kolory umiejętnie przemieszane, tworzą wspaniałą gamę na szarym tle; nazwałbym je biegunami elektrycznymi ( wciąż chodzi o kolor) zbliżonymi do siebie tak, że nawzajem się znoszą przy tej szarości i bieli. Gdzie indziej w tym obrazie są inne gamy oranżu obok innej niebieskości, jeszcze gdzie indziej najcudowniejsze czernie obok najdoskonalszych bieli. Głowy, których jest dwadzieścia, twarze pełne życia i ducha, namalowane jednym kolorem! Postawy wszystkich postaci wspaniałe.
Rzadko jednak zdarzyło mi się widzieć postać piękniejszą niż chwat pomarańczowy, biały i niebieski w lewym rogu obrazu. To jest unikalne.
Delacroix byłby niezwykle zachwycony, ja stałem dosłownie jak wryty. A poza tym znasz śpiewaka, postać śmiejącą się, popiersie czarno zielonkawe i karminowe, także w tonach ciała. Znasz popiersie mężczyzny żółto cytrynowe, zgaszone, którego twarz dzięki opozycji tonów jest zuchwale brązowa, mistrzowska, czerwień wina ( fiolet?).
Burger pisał o Żydowskiej narzeczonej Rembrandta podobnie, jak pisał o Vermeerze z Delft, o Siewcy Milleta, o Fransie Halsie, cały temu pisaniu oddany, przechodząc sam siebie. Syndycy są doskonali, to najpiękniejszy Rembrandt; ale Żydowska narzeczona ( taktując ją oddzielnie); cóż to za obraz intymny, nieskończenie ujmujący, namalowany ręką z ognia. Rembrandt w Syndykach jest wierny naturze, choć tu także, i zresztą zawsze, szlachetny wielką szlachetnością i wzniosły nad wszelki wyraz. Rembrandt był zdolny do czegoś innego, kiedy nie czuł potrzeby dosłownej wierności naturze-jak to się zdarza w portrecie-kiedy mógł oddziaływać poetycko, być poetą, to znaczy twórcą. I tak właśnie jest w Żydowskiej narzeczonej.
Jak doskonale Delacroix rozumiałby ten obraz! Jakie szlachetne uczucie, nieprzeniknionej głębi-trzeba umrzeć wiele razy, żeby tak malować! Oto słowo stosowne do tego obrazu. Żeby powrócić jednak do Fransa Halsa i jego płócien, to można powiedzieć, że Hals zawsze stoi nogami na ziemi; Rembrandt przenika tak głęboko tajemnicę, że mówi rzeczy, dla których nie ma słów w żadnym języku.
Sprawiedliwie nazywa się Rembrandtem czarodziejem… To nie jest łatwy zawód!”

Rembrandt Harmenszoon van Rijn   - Żydowska narzeczona               

List do Thea, październik 1885.

piątek, 23 grudnia 2011

Czym była sztuka dla Vincenta van Gogha?

„Malarstwo to dla mnie sposób, żeby dać sobie radę z życiem”

Sztuka była dla Vincenta van Gogha czymś więcej niż tylko formą zainteresowania, była walką z samym sobą, ucieczką przed światem, w którego oczach uchodził za wykolejeńca, wyznaniem wiary, a nawet zbawieniem którego szukał przez całe swoje życie. Po wielu niepowodzeniach, bolesnych miłosnych rozczarowaniach, odrzuceniu przez Kościół, bliskich i przyjaciół to właśnie w sztuce odnajduje spokój.
„… praca pochłania mnie tak bardzo, że chyba pozostanę na zawsze oderwany od życia, i nie nauczę się już dawać sobie w nim rady”

Vincent przez swój silny temperament, impulsywność i porywczość nigdy nie mógł zjednać sobie ludzi, być może nigdy tego nie chciał, gdyż jako drogę obrał właśnie sztukę a jak sam pisał „w życiu artystycznym często doznaje się nostalgii za prawdziwym życiem, idealnym i nieosiągalnym” to tak jakby w tej samej chwili zaznać śmierci i nieśmiertelności. Vincent był artystą totalnym toteż jak każdy artysta dążył do perfekcji chcąc osiągnąć wyznaczony sobie cel, którym było stworzenie dzieł które miały otwierać oczy i serca wszystkich którzy oglądali jego obrazu, wierzył bowiem że ludzie będą nie tylko patrzeć na jego obrazy, ale przede wszystkim czuć płynące w nich życie. By osiągnąć ten cel nieustannie analizował swoje myśli, musiał ofiarować samego siebie gdyż obrazy niczym psychogramy przedstawiają spiętrzenie psychicznego dialogu ze światem zewnętrznym, obnażanie własnej skalanej duszy.
Jak powiedział kiedyś Wasyli Kandinsky "Artysta musi zdawać sobie sprawę z tego, że wszystko co zrobi, każde jego uczucie i każda myśl, składa się na dzieło, nie dając się wprawdzie dotknąć ręką, ale bardzo konkretne tworzywo, z którego powstają jego dzieła i dlatego nie jest całkowicie wolny w życiu, a jedynie w sztuce." Vincent van Gogh był więc więcej niż malarzem kształtującym straszny wizerunek swojej duszy; był tym który poprzez swoje czyny i słowa, poprzez pasję i wzniosłość poszukiwał własnej drogi. Malarstwo które zdaje się z niego wytryskać porywające i nieodparte jak instynkt, było więc jego ostatecznym schronieniem. W jednym z listów i 1889 roku pisze "(…) jeśli jesteśmy trochę obłąkani, czy nie jesteśmy również do głębi artystami? Na niepokoje w tym względzie odpowiadamy słowami naszego pędzla"

niedziela, 11 grudnia 2011

„Theo czym jestem w oczach większości ludzi?”

Kim był Vincent van Gogh? Wielu z nas zapewne odpowiedziałoby: szalonym artystą malującym słoneczniki, który obciął sobie ucho. Ale czy aby na pewno malarstwo tego wielkiego artysty było wynikiem szaleństwa lub choroby która towarzyszyła mu przez ostatni okres życia?
Słownikowe wyjaśnienie schizofrenii opisuje ją jako zaburzenie psychotyczne, które charakteryzuje się zniekształceniem odbioru rzeczywistości oraz zaburzeniem w funkcjonowaniu.  Jednak nie wszystko jest to tak proste i jednoznaczne jakby się wydawało, gdyż w przypadku van Gogha nie mamy do czynienia z chorym umysłowo człowiekiem, choć być może wielu tak uważało i nadal uważa. Karl Jaspers pisze o schizofrenii: „To tak, jak gdyby w życiu tych ludzi nagle coś się na chwilę objawiło, budząc uczucia dreszczu i błogości, by potem zamknąć się w końcowym stanie nieuleczalnej demencji, pozostawiając parę wspomnień.”
„Szaleństwo” van Gogha  nie było prawdziwym obłąkaniem, którego częste nawroty  naruszałyby integralności myśli czy zdolności twórcze.

 Był w nim jakiś pierwiastek duchowy. Jego życie stało się bardziej namiętne, aktywne, a on sam żył w sposób bardziej absolutny, a co za tym idzie bardziej nieobliczalny i demoniczny, gdyż widział więcej i czuł mocniej. To tak jak gdyby jego dusza rozluźniała się i ukazała nam swą głębie.
 Pośród rozpatrywania różnorodnych typów psychoz pojawiają się dwie zasadnicze, ale jakże sprzeczne teorie, których i tak nie możemy być dostatecznie pewni. Jedni specjaliści tacy jak Jaspers odrzucają możliwość epilepsji  i skłaniają się bardziej ku schizofrenii, inni stwierdzają istnienie osobowości epileptycznej. Jeden ze specjalistów H. Gastaut uważa dzisiaj, że przypadek Van Gogha ukazuje wszystkie syndromy pewnej niedawno odkrytej formy epilepsji płata czołowego, przy której występują niekonwulsyjne ataki oraz reakcje o zabarwieniu schizofrenicznym. Mnie jednak najbardziej odpowiada teoria holenderskiego profesora Krausa, który doszedł w 1967 roku do wniosku iż Vincent Van Gogh był „indywidualistą” w chorobie jak i w sztuce.

Ciężko jest przyjąć jakąkolwiek z tych teorii gdyż patrząc na nie wszystkie trudno jest wyjaśnić jasność umysłu jaką artysta utrzymywał przez cały okres choroby.  Jak sam pisze w liście do brata z września 1889 roku „Myśl moja jest teraz jasna i czuję się zupełnie normalny”. Niewyjaśnione są również  tajemnicze lęki związane z podświadomością oraz ciągłe analizowanie samego siebie o czym świadczyć mogą słowa samego artysty:
 „Jednak wiem dobrze, że  - jeśli człowiek jest dzielny- zdrowie przychodzi od wewnątrz, z poddania się cierpieniu, z rezygnacji wobec śmierci, z porzucenia zachceń i miłości własnej Ale ja nie dorastam do tego, lubię malować, widywać ludzi i rzeczy, wszystko co stanowi nasze życie, być może pozorne Tak, prawdziwe życie jest gdzie indziej, ale nie sądzę, żebym należał do tej kategorii ludzi, którzy są gotowi żyć i zarazem w każdej chwili cierpieć”.
Czy po tych słowach możemy mieć jeszcze jakiekolwiek wątpliwości i nazywać go szaleńcem? Tak, van Gogh był szaleńcem lecz nie było to szaleństwo umysłu i ciała lecz duszy, które popychało go do wyrażania uczyć i wzruszeń w skrajny i obłędny sposób, skazując tym samym na niezrozumienie i samotność, jak sam pisał:
 
  „Kim jestem w oczach większości ludzi? Nikim, ekscentrykiem, okropną osobą, kimś kto nie ma pozycji i nigdy jej nie zdobędzie, najmarniejszym z marnych? Nawet jeśli maja racje pewnego dnia pokarze przez moją sztukę, co taki nikt ma w sercu”.
Na podstawie: Vincent van Gogh Życie i Twórczość - Vedovello Franco.